Grupa naTemat

Jak sprawić, aby podręczniki stawały się coraz lepsze z punktu widzenia potrzeb rozwojowych dzieci?

Do końca klasy III szkoły podstawowej mamy za zadanie nauczyć dzieci czytać, pisać, liczyć, rozumować oraz dbać o ich wszechstronny rozwój w sposób możliwie atrakcyjny i ciekawy. Wiele książek i zeszytów, także tych nie mających stempla państwowego dopuszczenia, może w tym pomóc. Mogą też pomagać zabawki, przedmioty codziennego użytku, spacery po parku czy lesie, wycieczki do muzeów i zabytków. Szkoła pozbawiona rytuału czerwcowego wybierania dopuszczonych podręczników również może uczyć dobrze i ciekawie, jeśli tylko są i dalej w niej będą dobrze wykształceni i odpowiedzialni nauczyciele.

W klasie I moglibyśmy we wrześniu poznawać dzieci oraz faktyczne potrzeby i możliwości konkretnej grupy uczniów. Na początku mieć jeden „państwowy” podręcznik, korzystać ze zwykłych bloków rysunkowych i zeszytów, a potem zastanowić się, czy i jakie zeszyty ćwiczeń będą nam w ogóle potrzebne, czy może zamówić na przykład od marca jakiś dodatkowy zbiór zadań lub ćwiczeń. Wielka paczka materiałów dydaktycznych na cały rok nie jest 1 września na pewno wszystkim uczniom od razu potrzebna. Książki i zeszyty ćwiczeń leżą w domach, przydając się potem stopniowo i jedynie w części. Tymczasem mogą sobie leżeć i czekać na ucznia w księgarniach lub wydawnictwach. Koncepcje dydaktyczne nauczycieli i możliwości poszczególnych klas maja prawo się różnić.

Co prawda wolno uczyć bez podręcznika, ale rodzice i dyrektorzy szkół są przyzwyczajeni do rytuału wyborów z państwowej listy. Tymczasem na przykład ten najdroższy podręcznik do nauki języka angielskiego wybierany w czerwcu, dla nowej klasy, której się nie zna, może się okazać bardzo złym wyborem i zupełnie nietrafionym, niepotrzebnym wydatkiem. Zdecydowanie lepiej go dobrać już jak pozna się klasę i faktyczny poziom zaawansowania uczniów w znajomości języka angielskiego. Tak robi wiele rozsądnych szkół i nauczycieli, planując podział na językowe grupy zaawansowania oraz dobór podręczników dopiero na wrzesień. Nie żyjemy już w epoce socjalistycznych niedoborów, czerwcowe planowanie niczemu tu nie służy, każdego dnia roku szkolnego wybrany wydawca dostarczy nam na żądanie wybrany zeszyt ćwiczeń czy podręcznik.


Krótka historia polskich wydawców edukacyjnych

Już w latach osiemdziesiątych, kiedy to królował państwowy WSiP, zaczęły się pojawiać podręczniki – pomysły alternatywne, tworzone, aby nauczyciel mógł mieć wybór. Po roku 1989 takich pomysłów zaczęło być więcej. Za każdym stali zapaleńcy – autorzy, pasjonaci swojej dziedziny, dobrze znający potrzeby uczniów i nauczycieli. Niektórzy zdobywali popularność, odnosili rynkowy sukces, choć dominacja lub monopol WSiP-u w wypadku większości przedmiotów pozostawały nienaruszone. Reforma programowa z 1999 roku otworzyła nowe warunki startowe. Szereg podmiotów podjęło się zadania stworzenia zreformowanych programów i podręczników dostępnych od września 1999 roku dla klasy I i IV szkoły podstawowej oraz I gimnazjum (to te klasy w pierwszym rzędzie obejmowała reforma programowa).

Nie wszystko, co zapowiadano, było dostępne na czas, nauczyciele dopiero uczyli się wybierać, zaczęto zachęcać ich do tego w bardzo różny sposób. Rywalizacja wydawców podniosła jednak jakość oferowanych materiałów. Po kilku latach ostawały się na rynku te lepiej spełniające merytoryczne oczekiwania nauczycieli. Nauczyciele pytani o zmiany odpowiadali, że największą wartością dla nich jest wolność wyboru programu i podręcznika, że na początku nie zawsze umieli z niej korzystać, ale po kilku latach bardzo dobrze oceniają te nowe materiały i możliwości.

Warto jednocześnie pamiętać o tym, że kreatywności i pomysłowości polskich nauczycieli zawdzięczamy dobre wyniki polskiego systemu edukacji, że możliwość wyboru podręcznika oni sobie cenią i że to właśnie polscy kreatywni nauczyciele są autorami wielu wiodących obecnie na rynku polskich podręczników, bo – poza materiałami do nauki języka angielskiego – jednak dominujący na rynku jest podręcznik polskich autorów.

Wielość podmiotów na rynku początkowo sprawiała, że jednym z parametrów rywalizacji była też cena. Najwyższe ceny od samego początku zmian miały podręczniki do nauki języka angielskiego. One też na każdym etapie nauczania zawierały zeszyty ćwiczeń – czyli części wypełniane przez ucznia, nie nadające się do odstąpienia. Nauczyciele i rodzice bardziej ufali zagranicznym nazwom wydawnictw, decydowali się płacić dwu- czy trzykrotnie więcej niż za inny podręcznik analogicznej objętości polskiego autorstwa i produkcji. Polskie propozycje materiałów do nauki angielskiego były wypierane z rynku przez zagranicznych wydawców.

Zmiana programowa z 2009 roku, obejmująca tylko dwa roczniki jednocześnie, obliczona na sześcioletni cykl wdrażania, przebiegała płynniej niż ta w roku 1999. I nauczyciele, i wydawcy korzystali już ze swoich wcześniejszych doświadczeń. Jednym z czynników pomagających osiągać coraz lepsze wyniki naszym gimnazjalistom okazały się z pewnością również zmodernizowane materiały edukacyjne (podziwiają nas w wielu krajach za widoczne choćby w wynikach PISA 2012 udane skutki reform edukacyjnych). Jednak to, że płaci rodzic, a wyboru dokonuje nauczyciel, okazało się szczególnie zgubne na najwcześniejszym etapie edukacji. Na późniejszych etapach trudno o szkołę, która korzysta z oferty tylko jednego wydawcy – nauczyciele różnych przedmiotów dokonują różnych wyborów i najczęściej dodatkowym parametrem, który biorą pod uwagę przy wyborze podręcznika, są przede wszystkim materiały pomocnicze oferowane przez poszczególnych wydawców. Nauczyciele wczesnej edukacji nauczyli się, że mogą oczekiwać dużo więcej. Pomoce naukowe oraz elementy wyposażenia szkoły, których sporo może się przydać na tym etapie, stały się dodatkowym elementem przetargowym.

W ostatnich latach rodzime niewielkie firmy wydawnicze, skupiające początkowo pasjonatów, zaczęły mieć na rynku coraz trudniej. Następowały fuzje, przejęcia, łączenie się poszczególnych podmiotów, aż wreszcie globalne, światowe firmy zaczęły być właścicielami nie tylko rynku do nauki języków obcych. Obecnie dwa największe podmioty wyrosłe na polskim rynku wydawnictw edukacyjnych mają zagranicznych właścicieli. Jeden z nich to sprywatyzowany kilka lat temu WSiP, a drugi to sprzedana zagranicznemu podmiotowi Nowa Era, wyrosła najpierw na największą polską markę poprzez przyłączenia lokalnie powstałych firm.

Podręczniki do języka angielskiego, reprezentowane przez dominujące na naszym rynku firmy, takie jak Pearson czy Oxford, były trochę osobnym światem. Zagraniczni właściciele WSiP-u i Nowej Ery zaczęli ostatnio reprezentować podobny styl podejmowania decyzji, choć działają u nas pod znanymi, starymi nazwami. Reszta już mało się liczy w tym globalnym wyścigu o klienta. Mniejsi wydawcy mówią, że zawsze to najpierw WSiP podnosi ceny, potem zaraz robi to Nowa Era, a reszta tylko podąża za nimi. Żeby przetrwać, dostosowuje się do ich stylu działania. Jeśli kierowała się trochę innymi wartościami, ma coraz trudniej lub zostaje przez którąś z większych marek wchłonięta.


Miejsce twórców materiałów edukacyjnych w przyszłości


Rządowy projekt zbudowania e-podręcznika, do którego wiodący na rynku autorzy i wydawcy zdecydowali się nie przystępować, ale który jednak jest realizowany zgodnie z harmonogramem, ma szansę zbudować alternatywę dla ofert obecnych na rynku. Pierwsze bezpłatne, powszechnie dostępne w internecie podręczniki, które będą mogły też być tanio drukowane w całości lub częściach, zależnie od potrzeb zdefiniowanych przez nauczycieli, mają się pojawić od września 2015 roku i co roku ma ich przybywać.

Na późniejszych etapach edukacyjnych coraz bardziej istotna dla nauczycieli jest informacja, że można uczyć bez tradycyjnego podręcznika. Są nauczyciele-pasjonaci, którzy korzystają głównie z bezpłatnych materiałów wyszukanych samodzielnie w internecie oraz z posiadanych zbiorów zadań czy ćwiczeń. Uczniowie gimnazjalni czy licealni też czasem samodzielnie decydują, że podręcznik do jakiegoś przedmiotu nie jest im potrzebny.

Najmłodszych uczyć bez podręcznika jest jednak trudno. Wyścig na rozrost pudeł oferowanych nauczycielom i dzieciom stał się już czasem „przerostem formy nad treścią”. Niejako uprawomocnia to wszystko administracyjna procedura dopuszczania podręczników do użytku. Niestety pewien nadmiar oferowanych obecnie dzieciom materiałów wcale nie czyni nauki ciekawszą. Doświadczeni nauczyciele twierdzą, że ciekawiej i bardziej kreatywnie jest na lekcjach, gdy około połowę z nich pominąć.

Spowodowanie, że za podręczniki płaci państwo lub organ prowadzący szkołę, który też staje się zamiast rodzica właścicielem nabytych podręczników i stroną wobec przygotowującego podręcznik, może radykalnie zmienić obecną sytuację. Okaże się, że można z tych wielkich oferowanych aktualnie pudeł wybrać tylko to, co naprawdę niezbędne do prawidłowej edukacji i wszystko to może kosztować i ważyć sporo mniej. Czy i jaką pozostawić nauczycielom możliwość wyboru materiałów edukacyjnych? Jakie mechanizmy mogą wpływać na modernizowanie tych materiałów? Nowe rozwiązania prawne muszą na te pytania odpowiedzieć.

Jedno jest pewne – państwowy e-podręcznik i zmiana, dotycząca nabywania przez państwo podręczników dla najmłodszych, spowodują kolejne „nowe rozdanie” na polskim rynku edukacyjnym. Dalej będą potrzebne stale modernizowane, nowoczesne materiały edukacyjne, coraz więcej z nich będzie z pewnością pojawiać się w wersji elektronicznej, bo takie są też światowe tendencje. Ktoś musi je opracowywać, ktoś musi za nie płacić. Musi zostać wypracowany nowy model – innego niż obecnie – ich udostępniania i sprzedawania.

Zlikwidowanie procedury dopuszczania do użytku szkolnego pomocy dydaktycznych czy programów nauczania nie zahamowało ich powstawania i ciągłego doskonalenia, tak samo byłoby z brakiem dopuszczania do użytku szkolnego podręczników. Są określone w podstawie programowej wymagania, które uczniowie mają spełniać, nauczycieli mamy dobrze wykształconych, zasługujących na zaufanie, mogą oni sami wziąć odpowiedzialność, nie tylko za stosowane programy i pomoce dydaktyczne, ale także za wybierane materiały edukacyjne – bardziej będą się czuli także za osiągane efekty odpowiedzialni. Wymóg państwowego dopuszczania podręczników, cała procedura administracyjna temu służąca (w bardzo wielu krajach obywają się bez tego!), obowiązek podawania do 15 czerwca, z czego – wybranego z listy dopuszczonych do użytku podręczników – będzie się korzystać od września, to niepotrzebne angażowanie machiny publicznej edukacji w reklamę wydawniczych ofert.

Oby się udało zakupienie i podarowanie już od września 2014 roku wszystkim uczniom klas pierwszych szkoły podstawowej, ich pierwszej szkolnej książki. Możliwe jest też stopniowe zlikwidowanie dla wszystkich klas przymusu czerwcowych nauczycielskich wyborów podręcznikowych i rodzicielskich wrześniowych zakupów. Zastąpić je mogą dostępne dla wszystkich e-podręczniki i inne internetowe bezpłatne materiały, jak na przykład Wolne Lektury, czy Włącz Polskę!, do tego wrześniowe poznawanie klas i dopiero stopniowe decyzje, czy i co dodatkowo drukować lub kupować. Można przekazywać w formie dotacji organom prowadzącym szkoły choćby środki z obecnej wyprawki szkolnej na coroczne uzupełnianie zasobów bibliotecznych o kolejne wybrane przez zespoły nauczycielskie podręczniki i inne najbardziej potrzebne materiały, aby zakupami podręczników mogli stopniowo przestać zajmować się rodzice.

Autorzy i wydawcy materiałów edukacyjnych będą dalej potrzebni. Jednak w tym nowym modelu, będą musieli dostosować się do innych realiów i potrzeb. Ci, którzy nauczą się jeszcze lepiej pomagać polskim uczniom i nauczycielom, na rynku pozostaną.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Edukacja
Skomentuj